FEKISURNOMO

Zamiast rewolucji wybuchnie tu śmiech.

Ha! Zmieniłem pracę! I kto to by się spodziewał? Nota bene dalej robię w transporcie. W zasadzie robię to co robiłem do tej pory tylko dla innego człowieka. Inny człowiek, inna firma i inna atmosfera pracy. Jest zupełnie inaczej, a przy tym stanowczo lepiej. Chociaż trochę brakuje kolegów z pracy, ale no cóż c’est la vi, jak to mawiali starożytni Portugalczycy.

Do pracy mam dalej daleko. Ale tym razem uwaga, uwaga, jeżdżę autem. Ci co mnie kojarzą, wiedzą iż zrobiłem Prawo Jazdy kat. B (celowo wielką literą), więc odłożyliśmy z żoną parę złotych, dorzuciliśmy moją skromną (ostatnią!) wypłatę i kupiliśmy cudo na czterech kołach. Renault Megane rocznik 1996 r. Wspaniała maszyna.

Więc jeżdżę sobie z domu do pracy i z pracy do domu, czasem na jakieś zakupy. Nie mogę narzekać i nie narzekam.

Wiele się pozmieniało od ostatniego wpisu. Świat stał się jakby bardziej kolorowy i weselszy. Ciekawe dlaczego?

Pozdrowienia i pokój (albo biuro, wszystko jedno)

P.S: Praca jest satysfakcjonująca i rozwijająca.

P.S2: Samochód zatankowany do pełna, nie pali dużo a i prowadzi się całkiem spoko.

Zima dotarła i do, przeważnie ciepłej, Małopolski.

Z dnia na dzień zrobiło się zimno, temperatury zdecydowanie minusowe i nawet spadł śnieg. Trasę do pracy trzeba pokonywać na piechotę, ale mi to nie przeszkadza, bo zawsze wszędzie miałem daleko. Najpierw do szkoły podstawowej i gimnazjum, do liceum to już w ogóle kawał drogi. Myślałem, że jak pójdę na studia, to nie będę musiał nigdzie chodzić bo komunikacja miejska, miasto i w ogóle nowoczesność pełną gębą, ale nie! Mieszkanie w centrum, a instytut wyrzucili na zadupie, na przeciwko obozu koncentracyjnego. Na dodatek okazało się, że za usługi MPK (czy tam ZTM) trzeba płacić!!! To skandal. No ale łudziłem się nadzieją, że do pracy to chodzić będę tylko metaforycznie. Ale nie, dalej jest daleko, a czasami nawet chłodno i głodno.

Pewnie dziwi, niektórych z was, że pracuję. Część zapewne myślała, że do końca życia będę upajał się słodkim smakiem taniego wina (taniego wina, popularnej nalewki nie piłem od końcówki 2011 roku, a jabola… Zdaję się, że od października 2011 roku). Część z was powie: „Kuuuurwa, mąż, magyster i jeszcze pracuje!”. A ja odpowiem wtedy: „No kuuuuuuuurwa, raczej!”. Widzicie, Moi Kochani, jak to się w życiu wszystko zmienia.

Pozdrowienia i pokój (z oknem wychodzącym na zachodnie zbocze Eyjafjallajokull)

P.S: Zobaczymy co to będzie dalej z pracą. Jestem na równi pełen nadziei, jak i obaw.

P.S2: Nie pijam już tanich win. Nie dlatego, że nagle zmieniłem podejście do nich i się wstydzę, po prostu nie ukrywam – pali mnie po nich pierońska zgaga, a i człowiek nie młodnieje.

P.S3: Piwo – z drugiej strony – to inna bajka, jeżeli ktoś by chciał mi postawić butelczynę, to pewnie nie odmówię, chyba że żona powie inaczej… Słucham się żony.

P.S4: Na TVP1 w porze gdy wracam do domu leci Drużyna A. Małe radości.

P.S5: Brak P.S5

No i po egzaminie magisterskim (”bronić można dysertacji doktorskiej”). Na szczęście wynik okazał się pozytywny. Chociaż było ciężko… Nawet bardzo. Mam wrażenie, że egzaminy kończące studia nie są moją domeną. Zawsze coś pokręcę, zatnę się albo o czymś zapomnę. Tak to już jest – trudno. Jestem teraz szczęśliwym posiadaczem tytułu zawodowego magistra z filologii polskiej oraz licencjatu z dziennikarstwa i komunikacji społecznej (HAHA! Pani magister Ś.!). I co? I nic… Czas szukać pracy. Ofert jak na lekarstwo, ale może coś się znajdzie.

Jakie wrażenia po egzaminie? Zachowam je dla siebie (przynajmniej na razie).

Na razie choroba mnie zmogła i odpoczywam pod opiekuńczymi skrzydłami żony. Jak tylko wyzdrowieję poświęcę jeden dzień na świętowanie, a potem ostro będę szukał pracy. Następnym etapem w moim życiu jest ukończenie zaczętego przed laty prawa jazdy. A póki co czytam (nareszcie wyrwałem się z Laxnessa!) „Grę o tron” i staram się wyzdrowieć (nawet myślę, że szanowna komisja rzuciła na mnie urok sprowadzający przeziębienie… Ale to tylko domysły…).

Pozdrowienia i pokój (wyklejony dyplomami uczelni wyższych zamiast tapetą).

P.S: UUUUUUUUUUUUUUuuuuuuu Pan Magysterrrrrr…
P.S2: Na tarnowskiej ziemi buraki nie rosną… Żadne ich odmiany…
P.S3: Wszystkim, którzy byli zmuszeni angażować się w moją pracę (choćby tylko wysłuchiwać moich narzekań i utyskiwań) składam oficjalne podziękowania i stokrotne Bóg zapłać (w dzieciach!).
P.S4: Matka Boska Polonistyczna podobnie jak kilka lat temu Matka Boska Ekonomiczna była dla mnie łaskawa.
P.S5: Brak P.S5.

Dawno mnie nie było i pewnie jeszcze trochę nie będzie. Praca zarobkowa, praca magisterska, liczne obowiązki i wieczny brak czasu spowodowały, że nie posiadam możliwości, by usiąść i napisać coś mądrego.
Dla zainteresowanych:
Mamy nowego królika, jest z nami już od kwietnia, więc nie taki nowy. „Królik miniaturka w kolorze, jak wiewiórka” – najlepiej opisuje tego stwora. Może kiedyś wrzucę zdjęcie.

Pozdrowienia i pokój (ciasny, ale własny)

P.S: Fly away in my space rocket, You don’t need put the money in my pocket.
P.S2: Brak P.S3
P.S3: Brak P.S2

Jak wiadomo dosyć powszechnie, nabyliśmy z żoną królika miniaturkę. Nazwaliśmy ją Kanina*. Niestety po półtora tygodnia pobytu u nas, króliczek zmarł. Nie wiadomo co się stało. Kwadrans wcześniej królik był radosny a chwilę później dogorywał. Próbowałem go ratować, ale nie jestem weterynarzem, więc kiedy sytuacja była krytyczna, ale zwierzątko jeszcze oddychało spakowaliśmy go z żoną do pudełka z siankiem i z szybkością bliską szybkości dźwięku ruszyliśmy do specjalisty. Niestety króliczek nie przeżył i do weterynarza dotarliśmy już tylko ja i żona. Lekarz był bardzo miły i wysłuchując tego jak karmiliśmy, traktowaliśmy itp. zwierzątko zapewnił nas, że nie było w tym naszej winy.

Dopiero po powrocie do domu w internecie znalazłem odpowiedź. Otóż królik był po prostu za młody. W sklepie zoologicznym Leopardus w Leclercu zapewniono nas, że zwierzątko ma ok. 7 tygodni (czyli tyle ile powinien mieć królik by go móc bez problemów oddać). Dzisiaj z żoną byliśmy w innym sklepie, gdzie zakupiliśmy drugiego króliczka (pustka była nie do zniesienia). Według tego co mówił miły pan sprzedawca nasz nowy milusiński ma od 5 do 7 tygodni… Jest dwa razy większy niż Kanina. Zatem pytam, ile moje biedactwo miało? Tydzień? Dwa? Trzy? W dodatku, z tego co powiedział sprzedawca, jego sklep zaopatruję się u prywatnego hodowcy, który zajmuję się królikami od ponad czterdziestu lat i mieszka jakieś 20 – 25 km od sklepu. Natomiast takie „molochy” jak Leopardus sprowadzają zwierzątka z całej Polski, a wiadomo jak długa podróż wpływa na takie małe stworzonka.

Jak można w taki sposób obchodzić się z żywą istotą?
Tu nie chodzi o pieniądze, co mi tam 59 złotych. Ale przez ten czas zdążyliśmy się do Kaniny przywiązać, była przesłodkim małym króliczkiem. Została skremowana u rzeczonego weterynarza.

Pozdrowienia i pokój (wypełniony po brzegi królikami)

*Imię jest oczywiste.

P.S: Królik jest podobno samcem… Pewnie nazwiemy go Sigmar
P.S2: Jutro, obiecuję, wezmę się za pracę magisterską.
P.S3: Bez P.S3

Cholera. Dopiero teraz zauważyłem, że oczekują komentarze na zatwierdzenie… Kiedyś nie trzeba było ich zatwierdzać… No nic, trzeba będzie się częściej logować.

Przy okazji walki na śmierć i życie ze swoją pracą magisterską naszły mnie pewne refleksje. Czym kieruję się student przy wyborze tematu pracy (czy to licencjackiej czy magisterskiej czy jakiejkolwiek innej)? Niech każdy sobie spróbuje odpowiedzieć na to pytanie.
A teraz co mnie boli. Otóż boli mnie to, że ludzie w ogóle się nie starają podejść do pracy naukowej, jak do… pracy naukowej. Nie chcą nic nowego wnieść do nauki. Nie mają takiej ambicji. Jeszcze pół biedy kiedy spotykamy się ze studentem, który olewa wszystko i chcę to jak najszybciej skończyć. Chcą odebrać dyplom i zająć się pracą (jakąkolwiek). Ale niektórzy nie dość, że piszą pracę na temat tak wyświechtany (na który na 99% nic nowego nie napiszą) i jeszcze zadzierają nosa jacy to oni nie poważne tematy mają i dużo lepsze bo np. o Wiktorze Hugo (to tylko przykład – żeby potem ktoś nie pisał, że obrażam tutaj ludzi, którzy piszą o Wiktorze Hugo i o jeju, gwałtu i lamentu).
Wybierając temat o np. Wiktorze Hugo zastanów się czy możesz coś nowego wnieść (a może coś odświeżyć, o czymś wspomnieć co zostało zapomniane albo po prostu spojrzeć na coś z innej perspektywy). Otóż w większości wypadków odpowiedź będzie – NIE, NIE MOŻESZ. Bo nie możesz pojechać do Francji. Nie możesz dostać w łapę rękopisów. A na teorie gender albo queer jesteś za mało hardcorowy albo po prostu jej nie uważasz. Więc teraz pytanie: Po co pisać taką pracę? Obronisz ją, pewnie nawet dostaniesz 5 (bo dlaczego nie?). I co dalej? Czy zajmiesz się tym w przyszłości? Czy zostaniesz na uczelni, by kontynuować badania? W większości wypadków nie. Więc po co? Bo chcesz to zdać? Chcesz mieć z głowy? A dlaczego nie napiszesz o czymś co cię interesuję? Męczyć się przez rok czy dwa lata, po to by mieć na dyplomie piątkę, której nikt z pracodawców nie uznaję? Dlaczego nie napisać czegoś, co cokolwiek wniesie do nauki? Choćby tyle, że za parę lat jakiś student piszący na podobny temat, będzie mógł z tego skorzystać.
Zatem dla przyszłych pokoleń: Zastanów się drogi studencie po co studiujesz?

Pozdrowienia i Pokój (na 7 piętrze Collegium Joannis Pauli II)

P.S: Mam wrażenie, że najbardziej ta notka dotyczy kobiet… Ale mogę się mylić.
P.S2: „Posłuchaj… Kombinuję coś na boku…” – W telewizji teraz jakiś aktor w filmie powiedział, a nie wiedziałem co napisać w P.S2…
P.S3: Brak P.S3

Czy ktoś ostatnimi czasy szukał pracy? Głównie przez internet?
Otóż ja od dłuższego już czasu regularnie sprawdzam co się tam dzieje na rynku pracy, by po studiach, już jako wykształcony młody mężczyzna ruszyć dziarsko ku owocnej i słonecznej karierze.
I tutaj pojawia się moje pytanie i powód, dla którego piszę w ogóle tę notkę. O co chodzi z tymi dziwnymi nazwami stanowisk pracy. Nie mam problemu z językiem angielskim ale czym się do cholery zajmuję Senior Account Manager? O co tu chodzi? Czy ktoś mi to wytłumaczy? Mamy swój język polski. Ładny, wielowiekowa praindoeuropejska tradycja. Ja rozumiem, że świat idzie na przód i język nie zawsze nadąża za nowinkami technologicznymi czy społecznymi. I żeby nie było nie jestem zwolennikiem mówienia „zwis męski” na krawat.

Konkluzja taka, że połowa tych ogłoszeń to albo posada akwizytora albo pracownika centrum obsługi klienta. Ale ładniej brzmi Senior Account Manager niż pracownik biurowy. Tylko po co ma się ładnie nazywać? Żeby ludzie chcieli przyjść? Żeby potem ktoś mógł się obrazić jak się na niego powie, że jest sprzedawcą, a on jest Shop Manager? Ogarnijcie się ludzie bo to nic z tego nie będzie!

A może chcecie „zwiększyć swoje umiejętności z zakresu lidingu”? Ogłoszenie skierowane do prezesów kół naukowych na jednej z lubelskich uczelni. Co to jest liding? Coaching wiem. Ale liding? Zapewne pochodzi to od angielskiego lead czyli prowadzić, kierować (jak w przysłowiu a raczej „dobrej radzie”: „Lead, follow or get out of the way”). No faktycznie, ciężko jest znaleźć polski odpowiednik. Bo przecież zwiększanie swoich zdolności przywódczych, brzmi źle i passe. Lepiej wlepić anglicyzm. A co? Będzie brzmiało mądrzej. Tyle, że do jasnej cholery angielski to nie polski. Angielski leader nie do końca pokrywa się z polskim liderem. Tak samo jak dedicated nie pokrywa się z polskim dedykowanym.
A jeżeli tak lubią niektórzy kraść z obcych języków, to dlaczego nie z niemieckiego? Rosyjskiego? Ja w ramach buntu od dzisiaj na telefon będę mówił Simi (przy czym S będę wymawiał jako coś pośredniego między Ś a SZ), dlaczego? Bo po islandzku tak mówią. I o!

Pozdrowienia i pokój (z widokiem na Eyjafjallajokull)

P.S: Muszę finiszować bo simi mi ringa.
P.S2: If ktoś to riduję to fine.
P.S3: Brak P.S3

Kwintesencja Szczęścia

No po prostu kwintesencja szczęścia.

Nie no żartuje, byłem szczęśliwy, ale jeżeli ktoś jest ciekawy to byłem przerażony. Nie wiem dlaczego. Widocznie tak to już jest w życiu mężczyzny, że nie boi się włóczyć po zakazanych dzielnicach Lublina, a trzęsie portkami przed ołtarzem.

No wziąłem ślub kościelny, i co? I nic. Wielkie mi mecyje. Żona szczęśliwa, mi to nie przeszkadza, więc problemu nie widzę. Nie lubię fanatyzmu, ani w jedną ani w drugą stronę. Trzeba wyluzować.

Dla zainteresowanych, życie układa się szczęśliwie. Na zdrowiu trochę podupadłem, ale już lepiej, teraz żona choruję – BUWAHAHAHHAHAHA (<=== szatański śmiech). Pracę magisterską piszę o Halldórze Laxnessie (nie wysilajcie się i tak nie znacie).

Od przeszło 18 godzin nie palę papierosa… BO KUPILIŚMY SOBIE Z ŻONĄ ELEKTRONICZNEGO – BUWAHAHAHHAHAHAHHAHAHA (Jeszcze bardziej szatański śmiech).

To na razie tyle.

Pozdrowienia i pokój (z widokiem na łazienkę przebierającej się ślicznej nastolatki)

P.S: W kwestii dziecka, trochę poczekamy. Jak to powiedział Louis Armstrong, kiedy był z żoną na audiencji u papieża a ten zapytał go czy mają dzieci: "Nie Wasza Ekscelencjo, ale mamy mnóstwo frajdy, kiedy się o nie staramy."
P.S2: Jeżeli wszystko dobrze pójdzie to w czerwcu 2013 roku odbiorę mgr z filologii polskiej. Będę posiadał licencjat z Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej oraz będę magistrem Filologii Polskiej. I co na to pani mgr Świć? Albo mgr Nowicka? POWN!
P.S3: Bez P.S3

Recenzja Ostatniego Brzegu Shute’a Nevila

Shute Nevile Ostatni Brzeg albo On the beach jak brzmi oryginalny tytuł. Książka traktująca o losach mieszkańców Australii oraz niedobitków Amerykańskich pozostałych po wojnie nuklearnej, którzy czekają biernie na to, aż chmura radioaktywnego pyłu dotrze do ich zabitej dechami dziury. Nadmienić należy, że ów trujący wyziew wydusił już całą północną półkule i trzy czwarte południowej. Więc jest się czego bać, prawda?

Głównymi bohaterami są kapitan amerykańskiej łodzi podwodnej, oficer marynarki Australii, jego rodzina, niejaka Moira (która podkochuje się w kapitanie) oraz fizyk przydzielony do załogi łodzi podwodnej (podobnie jak oficer marynarki). Marynarze jak to marynarze, wypływają na rejsy by badać północne obszary szukając nadziei, że jednak radioaktywny pył da sobie spokój i ich nie zabije. A ich rodzina, bliscy i koledzy razem z koleżankami biernie czekają na śmierć. Sadzą kwiatki, które będą kwitnąć już po ich śmierci (swoją drogą kolejną śmieszną sprawą jest to, że roślinność nie ginie od tego radioaktywnego pyłu więc często i gęsto można natknąć się na opisy przyrody północnych równoleżników), dbają o ogrody czy o swoje poletka, jak gdyby nigdy nic. Sami bohaterowie, mimo że zdają się najlepiej poinformowani o sytuacji (czyt. za kilka miesięcy zginą w kałuży swoich wymiocin i rzadkiego kału. Tak niestety działa choroba popromienna) również mają podobnego hopla. Kapitan łodzi podwodnej kupuję prezenty dla swojej żony i dzieci (którzy już nie żyją, oczywiście) a fizyk sportowy samochód. Jedynym w miarę racjonalnie myślącym człowiekiem wydaję się oficer marynarki Australii, który przed wypłynięciem w długi rejs na północ, informuję i instruuje żonę, by jak tylko TO (czyli radioaktywny opad) dotrze do ich miasteczka, a jego przy nich nie będzie, zaaplikowała śmiertelną truciznę ich córeczce i sobie.

A teraz podstawowe pytanie, które mi się nasunęło podczas lektury, i które przyćmiewało mi łzawe wynurzenia bohaterów, o tym jak bardzo są oni nieszczęśliwi i potraktowani niesprawiedliwie. Jak tylko czytałem podobne narzekania od razu miałem ochotę krzyknąć: „Do kurwy nędzy, a schrony?!”. Bohaterowie pływają w łodzi podwodnej, POD WODĄ, POD SKAŻONĄ WODĄ i nic im nie jest, bo chroni ich pancerz. Więc jeżeli pancerz łodzi podwodnej chroni przed promieniowaniem, to myślę, że jeszcze lepiej będzie chronić powiedzmy kilkadziesiąt ton ziemi, dwadzieścia centymetrów zbrojonego betonu i powiedzmy trochę ołowiu. No tak pozostaje jeszcze powietrze… Myślę, że nawet w latach pięćdziesiątych (w czasach pisania powieści, bo akcja dzieję się w sześćdziesiątych) znali coś takiego jak filtr powietrza. Mało tego, autor zapewne zapomniał o szeroko zakrojonych akcjach uświadamiania społeczeństwa w tamtych latach na zachodzie (na wschodzie zresztą też). Słynne akcję duck and cover czy zakrojona na skalę światową mania budowy schronów atomowych nawet w najbardziej zapadłych dziurach powinna odnieść skutek. Ale nie. Bohaterzy zachowują się tak jakby coś takiego nie miało miejsca. A przecież nawet w takim Radzyniu Podlaskim (ok. 15 tysięczne miasteczko powiatowe w województwie lubelskim) jest schron atomowy. Przyjmijmy, że jednak na północy wszystko działo się za szybko by przeprowadzić akcję a Australia nie miała żadnego schronu, bo każdą próbę budowy przerywały zbuntowane hordy protestujących kangurów. Ale poznajemy bohaterów i sytuację tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Pył radioaktywny ma dotrzeć do nich mniej więcej we wrześniu. Dziewięć miesięcy. Cholera jasna. To chyba dość czasu by zbudować schron, zgromadzić prowiant i zapasy wody. Ale nie, rząd Australii woli informować przez radio ludzi, jak mają popełnić samobójstwo. Uroczo.

Sama książka jest dobra. Rzeczywiście momentami chwyta za serce, i skłania do przemyśleń. Ale brak jej realizmu i fatalizm bohaterów, zarówno tych pierwszoplanowych jak i postaci tła po prostu nieco zniechęca. Owszem uważam, że część społeczeństwa w takiej sytuacji po prostu czekała by na śmierć (zapewne z browarem lub czymś mocniejszym w ręku), ale większość spróbowała by wszystkiego co tylko możliwe by się uratować. Imała by się nawet najbardziej irracjonalnych rzeczy, by tylko przetrwać. Nie mniej warto przeczytać tą lekturę. Dlaczego? Być może dlatego by samemu spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie: „Dlaczego KURWA nie użyją schronów?!”.


  • RSS